Moja przyjaciółka – wiecznie zaganiana matka prawie nastolatki – była ostatnio jakby bardziej nieuchwytna. „Kawa? A wiesz, może jutro.. Albo za tydzień, bo rozumiesz, teraz więcej pracuję, bo tu fucha, tam dodatkowe zlecenia.. Rozumiesz, wszystko w biegu, na wczoraj, jeden deadline goni drugi..”

Gdy w końcu udało mi się ją zatrzymać („Ale mam tylko 20 minut!!!”), z westchnieniem ulgi opadła na kawiarniane krzesełko i sapnęła ciężko:

- Ona mnie wykończy.

I pociągnęła łyk kawy.

Wyglądała nieszczególnie. Podkrążone oczy, blada niż zazwyczaj cera, wyraźnie zmęczone spojrzenie… Zapytałam:

- Macie jakieś kłopoty? Coś się stało, ktoś choruje?

- Tak – prychnęła z irytacją. – Moja córeńka. Moja słodka, dorastająca maleńka zaczęła poważnie chorować.

Nie wyglądała przy tym jednak na stroskaną matkę, tylko na zniechęconą i.. mocno zniesmaczoną?

- Karolcia zapadła na wyjątkowo paskudną odmianę choroby cywilizacyjnej: przesadny konsumpcjonizm. Wszystkie jej koleżanki mają już najnowszego iPhona, markowe dżinsy wylewają im się z szaf, kosmetyki kupują wyłącznie z górnej półki, a do tego mają tylko najmodniejsze plecaki, buty… i długo bym tak jeszcze mogła wymieniać.

- Ale ona ma dopiero 11 lat! – zaoponowałam nieśmiało. – A tu kosmetyki? W tym wieku dziewczynki bawią się chyba jeszcze zabawkami?

- Taaaa, elektronicznymi. Ale spoko, lalki też jeszcze muszę kupować. Wiesz, te ohydne, które wyglądają jak skrzyżowanie umarlaka z Barbie.– Przyjaciółka popiła kawy i tępo zapatrzyła się w przestrzeń.

- Ale przecież nie musisz jej tego wszystkiego kupować, prawda? – zaszemrałam nieśmiało, bo rozgoryczenie, malujące się na twarzy mej przyjaciółki, sugerowało dokładnie odwrotną odpowiedź.

- No, niby nie – zgodziła się zrezygnowana. – Ale jakoś nie chcę zostać bezdzietną matką, wiesz? Karolcia zapowiedziała, że woli umrzeć – powiesić się albo pociąć, niż iść do szkoły, w której wszystkie koleżanki śmieją się z niej, omijają ją szerokim łukiem na przerwach i nie chcą z nią siedzieć w ławce, bo – uważaj – ona nie ma plecaka z Monster High, w czasie przerwy nie może zaszpanować najnowszą komórką, na dodatek nie pozwalam jej używać niczego poza błyszczykiem. I jeszcze tabletu na urodziny nie dostała..

- O kurczę.

Zapadła cisza. Zasiorbałam kawę – bo cóż innego można zrobić w takiej sytuacji?

- No to jednym słowem masz trendy dziecko..

- Ano mam. Modne takie.

Zapatrzyłyśmy się w przestrzeń. Ulicą akurat przechodziła grupka początkujących nastolatek – kolorowych, roześmianych, mocno trendy. Chichocąc, robiły sobie zdjęcia komórkami. Pewnie na potrzeby Facebooka.

- A pamiętasz, jak to było być ‚trendy’ za naszych czasów?

Pamiętałam. Puszczanie balonów z gumy oraz i umiejętność wiszenia głową w dół na trzepaku – to dopiero był lans…

- Tęsknię za gumą Donald – przyjaciółka dopiła kawę i ciężko podniosła się z krzesełka. – Idę pracować, masz pojęcie, ile kosztują mnie te wszystkie dzisiejsze trendy? Ech…

No tak, na pewno dużo więcej, niż guma balonowa…